piątek, 20 marca 2015

próbny

W moim domu jest jed­no lu­stro. Za prze­su­wa­nym pa­ne­lem, w ko­ry­ta­rzu na pię­trze. Na­sza frak­cja po­zwa­la mi sta­wać przed nim dru­gie­go dnia każ­de­go trze­cie­go mie­sią­ca, tego dnia kie­dy mat­ka ob­ci­na mi wło­sy.
Sie­dzę na stoł­ku, a ona stoi za mną z no­życz­ka­mi i strzy­że. Ko­smy­ki spa­da­ją na pod­ło­gę mar­twym, ja­snym krę­giem.
Kie­dy koń­czy, od­gar­nia mi wło­sy z twa­rzy i skrę­ca w wę­zeł. Wi­dzę jej spo­kój i sku­pie­nie. Ma dużą wpra­wę w sztu­ce wy­rze­ka­nia się sie­bie. O so­bie nie mogę tego po­wie­dzieć.
Ukrad­kiem zer­kam na swo­je od­bi­cie, kie­dy mat­ka nie pa­trzy. Nie z próż­no­ści, tyl­ko z cie­ka­wo­ści. Wy­gląd czło­wie­ka może się bar­dzo zmie­nić przez trzy mie­sią­ce.
Od­bi­cie po­ka­zu­je wą­ską twarz, duże okrą­głe oczy i dłu­gi cien­ki nos – wciąż wy­glą­dam jak mała dziew­czyn­ka, cho­ciaż nie­daw­no, w cią­gu ostat­nich kil­ku mie­się­cy, sta­łam się szes­na­sto­lat­ką. Inne frak­cje ob­cho­dzą uro­dzi­ny, ale my nie. To by­ło­by po­bła­ża­nie so­bie.
– Go­to­we – oznaj­mia mat­ka i upi­na kok. Ła­pie moje spoj­rze­nie w lu­strze. Już za póź­no, żeby od­wró­cić wzrok, ale za­miast mnie skar­cić, uśmie­cha się do na­sze­go od­bi­cia. Lek­ko marsz­czę brwi. Dla­cze­go nie daje mi re­pry­men­dy za to, że się so­bie przy­glą­dam? – A więc dziś jest ten dzień – mówi.
– Tak – od­po­wia­dam.
– De­ner­wu­jesz się?
Przez chwi­lę wpa­tru­ję się so­bie w oczy. Dziś jest dzień te­stu przy­na­leż­no­ści, któ­ry po­ka­że mi, do któ­rej z pię­ciu frak­cji pa­su­ję. A ju­tro, na Ce­re­mo­nii Wy­bo­ru, zde­cy­du­ję, do któ­rej wstą­pię. Zde­cy­du­ję o moim dal­szym ży­ciu. Zde­cy­du­ję, czy zo­sta­nę z ro­dzi­ną, czy ją opusz­czę.
– Nie. Te­sty wca­le nie mu­szą zmie­niać na­szych wy­bo­rów.
– Ra­cja. – Uśmie­cha się. – Chodź­my na śnia­da­nie.
– Dzię­ku­ję. Za ob­cię­cie wło­sów.
Ca­łu­je mnie w po­li­czek i za­su­wa pa­nel na lu­stro. My­ślę, że w in­nym świe­cie moja mat­ka by­ła­by pięk­na. Jej cia­ło pod sza­rą sza­tą jest smu­kłe. Ma wy­so­kie ko­ści po­licz­ko­we i dłu­gie rzę­sy, a kie­dy na noc roz­pusz­cza wło­sy, spły­wa­ją fa­la­mi na ra­mio­na. Jed­nak w Al­tru­izmie musi ukry­wać uro­dę.
Idzie­my ra­zem do kuch­ni. W ta­kie po­ran­ki, kie­dy mój brat robi śnia­da­nie, oj­ciec czy­ta ga­ze­tę i głasz­cze mnie po wło­sach, a mat­ka, nu­cąc pod no­sem, sprzą­ta ze sto­łu – wła­śnie w ta­kie po­ran­ki czu­ję naj­więk­sze wy­rzu­ty su­mie­nia, że chcę ich opu­ścić.
Au­to­bus śmier­dzi spa­li­na­mi. Za każ­dym ra­zem, kie­dy pod­ska­ku­je na wy­bo­jach, rzu­ca mną na boki, cho­ciaż trzy­mam się sie­dze­nia.
Ca­leb, mój star­szy brat, stoi w przej­ściu i trzy­ma się po­rę­czy nad gło­wą. Nie je­ste­śmy po­dob­ni. Ma ciem­ne wło­sy i orli nos ojca, zie­lo­ne oczy i doł­ki w po­licz­kach mat­ki. Kie­dy był młod­szy, ta­kie po­łą­cze­nie wy­glą­da­ło dziw­nie, ale te­raz do nie­go pa­su­je. Je­stem pew­na, że gdy­by nie na­le­żał do Al­tru­izmu, dziew­czy­ny w szko­le by się za nim oglą­da­ły.
Odzie­dzi­czył też ta­lent mat­ki do wy­rze­ka­nia się sie­bie. Bez na­my­słu ustą­pił miej­sca ja­kie­muś na­dę­te­mu Pra­we­mu.
Pra­wy nosi czar­ny gar­ni­tur i bia­ły kra­wat – ty­po­wy strój Pra­wo­ści. Ich frak­cja ceni uczci­wość, a praw­dę wi­dzą czar­no-bia­łą, dla­te­go tak się ubie­ra­ją.
Im bli­żej cen­trum mia­sta, tym domy sto­ją bli­żej sie­bie, a uli­ce są rów­niej­sze. Bu­dy­nek, któ­ry kie­dyś na­zy­wał się Se­ars To­wer – my mó­wi­my o nim Baza – wy­ra­sta z mgły; czar­na ko­lum­na na tle ho­ry­zon­tu. Au­to­bus prze­jeż­dża pod wia­duk­tem ko­le­jo­wym. Nig­dy nie by­łam w po­cią­gu, cho­ciaż jeż­dżą bez prze­rwy, a tory są wszę­dzie. Tyl­ko Nie­ustra­sze­ni nimi po­dró­żu­ją.
Pięć lat temu bu­dow­lań­cy z Al­tru­izmu na ochot­ni­ka wy­mie­ni­li na­wierzch­nię nie­któ­rych dróg. Za­czę­li od cen­trum i po­su­wa­li się ku przed­mie­ściom, aż za­bra­kło im ma­te­ria­łów. Tam, gdzie miesz­kam, uli­ce wciąż są po­pę­ka­ne i dziu­ra­we i nie­bez­piecz­nie po nich jeź­dzić. Ale i tak nie mamy sa­mo­cho­du.
Ca­leb ma ła­god­ny wy­raz twa­rzy, kie­dy au­to­bus trzę­sie się i pod­ska­ku­je. Gdy ści­ska po­ręcz, żeby utrzy­mać rów­no­wa­gę, sza­ra sza­ta zsu­wa mu się z ra­mie­nia. Cią­gle ru­sza ocza­mi – stąd wiem, że przy­glą­da się lu­dziom do­oko­ła. Sta­ra się wi­dzieć tyl­ko ich i za­po­mnieć o so­bie. Pra­wi ce­nią uczci­wość, a my – peł­ne od­da­nie.
Au­to­bus za­trzy­mu­je się pod szko­łą. Wsta­ję i szyb­ko mi­jam Pra­we­go. Ła­pię Ca­le­ba za ra­mię, kie­dy po­ty­kam się o buty tam­te­go. Mam za dłu­gie no­gaw­ki, a nig­dy nie po­ru­sza­łam się z wdzię­kiem.
Są trzy szko­ły w mie­ście: Niż­sze Po­zio­my, Śred­nie Po­zio­my i Wyż­sze Po­zio­my. Wyż­sze Po­zio­my jest naj­star­sza. Jak wszyst­kie inne bu­dyn­ki wo­kół, jest ze szkła i sta­li. Przed nią stoi duża me­ta­lo­wa rzeź­ba, na któ­rą Nie­ustra­sze­ni wspi­na­ją się po lek­cjach i pod­pusz­cza­ją się, kto wej­dzie wy­żej. W ze­szłym roku wi­dzia­łam, jak je­den spadł i zła­mał nogę. To ja po­bie­głam wte­dy po pie­lę­gniar­kę.
– Dzi­siaj test przy­na­leż­no­ści – mó­wię. Ca­leb jest star­szy o nie­ca­ły rok, więc je­ste­śmy w tej sa­mej kla­sie.
Kiwa gło­wą, wcho­dzi­my głów­nym wej­ściem. I na­gle spi­na­ją mi się mię­śnie. Wy­czu­wam at­mos­fe­rę za­chłan­no­ści, jak­by każ­dy szes­na­sto­la­tek chciał z ostat­nie­go dnia tu­taj wchło­nąć ile się da. Moż­li­we, że po Ce­re­mo­nii Wy­bo­ru już nig­dy nie bę­dzie­my cho­dzić po tych ko­ry­ta­rzach – bo kie­dy wy­bie­rze­my, na­szą dal­szą na­uką zaj­mą się nowe frak­cje.
Dzi­siaj lek­cje mamy o po­ło­wę krót­sze, więc za­li­czy­my wszyst­kie do lun­chu. Po nim za­czną się te­sty. Już te­raz ser­ce bije mi szyb­ciej.
– Czy ty w ogó­le się nie przej­mu­jesz, co ci po­wie­dzą? – py­tam Ca­le­ba.
Za­trzy­mu­je­my się na roz­ga­łę­zie­niu ko­ry­ta­rza. Brat za­raz pój­dzie w jed­ną stro­nę, na wyż­szą ma­te­ma­ty­kę, a ja w dru­gą, na hi­sto­rię frak­cji.
Uno­si brwi.
– A ty?
Mo­gła­bym mu od­po­wie­dzieć, że już od ty­go­dni mar­twię się, co po­ka­że mi test – Al­tru­izm, Pra­wość, Eru­dy­cję, Ser­decz­ność czy Nie­ustra­szo­ność.
Ale tyl­ko uśmie­cham się i mó­wię:
– Wca­le nie.
On też się uśmie­cha.
– No to… mi­łe­go dnia.
Przy­gry­zam dol­ną war­gę i idę na hi­sto­rię frak­cji. Ca­leb nig­dy nie od­po­wia­da na moje py­ta­nia.
Ko­ry­ta­rze są cia­sne, choć dzię­ki świa­tłu, któ­re wpa­da przez okna, wy­da­ją się więk­sze; w na­szym wie­ku to je­dy­ne miej­sce, gdzie spo­ty­ka­ją się róż­ne frak­cje. Dzi­siaj w tłu­mie uczniów kró­lu­je nowy ro­dzaj ener­gii: sza­leń­stwo ostat­nie­go dnia.
Dziew­czy­na z dłu­gi­mi krę­co­ny­mi wło­sa­mi krzy­czy mi pro­sto w ucho „Cześć” i ma­cha do sto­ją­cej da­le­ko ko­le­żan­ki. Rę­ka­wem kurt­ki do­sta­ję w po­li­czek. Po­tem po­py­cha mnie ja­kiś Eru­dy­ta w nie­bie­skim swe­trze. Tra­cę rów­no­wa­gę, twar­do upa­dam na pod­ło­gę.
– Z dro­gi, Sztyw­niacz­ko – rzu­ca i idzie da­lej.
Czu­ję, jak pie­ką mnie po­licz­ki. Wsta­ję, otrze­pu­ję się. Kie­dy upa­dłam, kil­ka osób się za­trzy­ma­ło, ale nikt mi nie po­mógł. Od­pro­wa­dza­ją mnie spoj­rze­nia­mi do koń­ca ko­ry­ta­rza.
Ta­kie rze­czy zda­rza­ją się człon­kom mo­jej frak­cji już od mie­się­cy. Eru­dy­cja pusz­cza ar­ty­ku­ły źle mó­wią­ce o Al­tru­izmie, co za­czę­ło wpły­wać na to, jak trak­tu­je się nas w szko­le. Sza­re ubra­nie, pro­sta fry­zu­ra i skrom­ne za­cho­wa­nie mają spra­wić, że ła­twiej za­po­mnę o so­bie sa­mej, a wszy­scy inni za­po­mną o mnie. Ale te­raz ro­bią ze mnie cel.
Za­trzy­mu­ję się przy oknie w skrzy­dle E i cze­kam na Nie­ustra­szo­nych. Ro­bię tak co rano. Do­kład­nie o siód­mej dwa­dzie­ścia pięć Nie­ustra­sze­ni udo­wad­nia­ją, że są od­waż­ni, wy­ska­ku­jąc z ja­dą­ce­go po­cią­gu.
Oj­ciec mówi o Nie­ustra­szo­nych „ło­bu­zy”. No­szą kol­czy­ki, ta­tu­aże, ubie­ra­ją się na czar­no. Ich głów­ne za­da­nie to pil­no­wać ogro­dze­nia wo­kół na­sze­go mia­sta. Przed czym – nie wiem.
Po­win­ni wpra­wiać mnie w za­kło­po­ta­nie. Po­win­nam się dzi­wić, że od­wa­ga, ce­cha ce­nio­na przez nich naj­wy­żej, ma coś wspól­ne­go z kol­czy­kiem w no­sie. A jed­nak nie mogę ode­rwać od nich wzro­ku.
Sły­chać gwizd po­cią­gu, dźwięk od­bi­ja się echem w mo­jej pier­si. Re­flek­tor z przo­du miga, kie­dy po­ciąg pę­dem mija szko­łę i zgrzy­ta na że­la­znych szy­nach. Z kil­ku ostat­nich wa­go­nów wy­ska­ku­je chma­ra chłop­ców i dziew­czyn w ciem­nych ubra­niach. Jed­ni upa­da­ją, tur­la­ją się, inni się za­ta­cza­ją, prze­cho­dzą kil­ka kro­ków i od­zy­sku­ją rów­no­wa­gę. Ja­kiś chło­pak ze śmie­chem obej­mu­je dziew­czy­nę.
Oglą­da­nie ich to taki mój głu­pi zwy­czaj. Od­wra­cam się od okna i prze­ci­skam przez tłum do sali, w któ­rej mam lek­cje hi­sto­rii frak­cji.